Pięć rzeczy

Pięć rzeczy

📅 6 grudnia 2025·📖 3 min czytania

dla tych, którzy zapomnieli, że jeszcze tu są


Nie wiem, kiedy zacząłem znikać.

Może w korku na moście, kiedy światła hamowania przed sobą zobaczyłem jako jedyne kolory, które jeszcze istnieją. Może wcześniej — w łazience, kiedy moje odbicie w lustrze wyglądało jak ktoś, kogo kiedyś znałem. Może jeszcze wcześniej. Może od lat jestem tylko konturem.

Telefon wibruje. Nie patrzę.

Autobus się zatrzymuje. Ludzie wsiadają. Ktoś pachnie papierosami i miętą. Ktoś inny ma torbę, która ociera mi kolano przy każdym zakręcie.

I wtedy przypominam sobie. Nie wiem skąd. Może przeczytałem kiedyś, może ktoś powiedział, może samo przyszło — jak rzeczy, które ciało pamięta, choć głowa dawno zapomniała: kiedy zaczynasz znikać, znajdź pięć rzeczy, które widzisz.


Pięć rzeczy.

Widzę dłonie mężczyzny naprzeciwko — popękane, zmęczone, z obrączką wciśniętą zbyt głęboko w palec.

Widzę kroplę deszczu na szybie — jedną — która nie spływa, tylko wisi, jakby się wahała.

Widzę reklamę proszku do prania z twarzą kobiety, która udaje szczęście tak bardzo, że prawie mi jej żal.

Widzę torbę uczennicy. Breloczek w kształcie avocado. Zielony.

Widzę własne buty. Mokre. Sznurówka się rozwiązała. Nie schylam się.

Ale je widzę.


Cztery dźwięki.

Silnik autobusu — niskie buczenie, które czuję bardziej niż słyszę.

Śmiech dziecka gdzieś z tyłu — krótki, zaskoczony własną radością.

Kaszel starszego mężczyzny przy drzwiach.

I szelest kurtki osoby obok. Nylon o nylon. Taki nieważny dźwięk. Taki ludzki.


Trzy rzeczy, które czuję dotykiem.

Zimny metal poręczy pod palcami.

Ciepło własnego oddechu, kiedy opuszczam głowę.

I ten moment — kiedy autobus rusza i siła odrzuca mnie lekko do tyłu, i ciało odpowiada, balansuje, trzyma mnie w pionie, mimo że dawno przestałem je o to prosić.


Dwa zapachy.

Mokra wełna — czyjś płaszcz, może mój własny.

I coś słodkiego — mandarynka. Ktoś ją obiera. Teraz. W autobusie. W grudniu. Jakby to było najnormalniejsze na świecie.

Może jest.


Jeden smak.

Nic w ustach. Ale przełykam i czuję — sól. Własną. Z kącika oka, który nawet nie wiedział, że płacze.


Nie wiem, kiedy wróciłem.

Ale jestem tu.

Autobus jedzie. Deszcz pada. Mandarynka pachnie. Sznurówka wciąż rozwiązana.

Kontur, który oddycha.

To wystarczy na teraz.

Newsletter

Każda nowa informacja i e-book. Dołącz bezpłatnie.